Aktualności/nubo

STOP trenowaniu dzieci!

Jako społeczeństwo posiadamy szereg rozmaitych przekonań dotyczących wychowania. Co więcej, czujemy silną potrzebę, by wdrażać je w życie wkrótce po narodzeniu dziecka. Przyświeca nam silne (choć czasem nieuświadomione) przekonanie, że bez intensywnej socjalizacji dziecko nie przyswoi obowiązujących społecznie reguł i norm, i będzie starało się za wszelką cenę wywrócić nasze życie do góry nogi.

“Nie daj sobie wejść na głowę”, czyli idealne dziecko wg poradników

Trening karmienia

Pierwsze próby rozpoczynają się zaraz po narodzeniu dziecka. Rodzice dostają instrukcje, że karmić należy owszem na żądanie, ale raczej nie częściej niż co 3 godziny. Po karmieniu (trwającym przepisowo ok. 15 minut raz z jednej raz z drugiej piersi –  trening dziecka to przecież także trening umysłu rodzica), dziecko powinno usypiać i w tym błogim stanie trwać do następnego karmienia. Dobrze by było, aby krótkie okresy aktywności spędzało w łóżeczku obserwując zabawki, bo w żadnym wypadku nie należy go przyzwyczajać do noszenia na rękach. To prosta droga do rozpieszczenia latorośli i wejścia nam na rodzicielską głowę. A przecież dziecko należy wychowywać ku samodzielności a nie do wiszenia na rodzicu!

Trening zasypiania

W następnej kolejności próbujemy uregulować sen dziecka, bo co druga sąsiadka pyta czy przesypia już całe noce i czy umie zasnąć samodzielnie. Jeśli nie umie, mamy poczucie rodzicielskiej porażki i rażącej niekompetencji, dlatego albo kłamiemy w żywe oczy, by zachować twarz (ależ tak śpi o 6-tej do 6-tej!) albo wpadamy w popłoch i uzbrojeni w jeden z bestsellerowych poradników dla rodziców, próbujemy naprawić własne błędy i czym prędzej nauczyć dziecko zasad optymalnego wypoczynku. Bo kiedy, jak nie teraz! Tu z pomocą przychodzi nam niezawodna metoda Ferbera, która w ogólnym ujęciu jest jedną z odmian “cry it out”. Polega ona na stopniowym wydłużaniu płaczu dziecka, zanim zaczniemy go pocieszać. Brzmi okrutnie? I takie też jest w istocie. Na dodatek także bardzo szkodliwe. Rozdzielenie z opiekunem i niereagowanie na płacz, jest dla maleńkiego dziecka olbrzymim stresem. W czasie nieutulonego płaczu mózg malucha zalewany jest przez kortyzol – hormon stresu, który powoduje nieodwracalne zmiany w jego mózgu.

Trening kocykowy

W dalszej perspektywie mamy trening kocykowy – no bo przecież dziecko powinno umieć zająć się sobą i chwilę pobawić w samotności a nie oczekiwać, że rodzic będzie non stop na wyciągnięcie ręki. Dlatego aranżowanie wydzielonej przestrzeni w postaci kocyka lub zamkniętego kojca i otoczenie malucha górą zabawek, to doskonałe rozwiązanie, by nakłonić go do samodzielnej zabawy w bezpiecznie wydzielonym miejscu. Stopień intensywności przyuczania zależy od fantazji rodzica. Mniej zdeterminowani mogą ograniczyć się wyłącznie do umieszczania dziecka na kocu za każdym razem, gdy malec będzie próbował z niego zejść i tłumaczenia, że to jest miejsce do zabawy. Bardziej zdeterminowani mogą znacząco poszerzyć spektrum działań – wystarczy dodać, że autorka tej metody dopuszcza także stosowanie kar cielesnych. Oczywiście branie na ręce jest surowo zakazane, nie należy wszakże za bardzo rozpieszczać dziecka i nagradzać “niepożądanych zachowań” bliskością rodzica.

Trening nocnikowy

Kolejnym etapem jest trening nocnikowy, bo jak grzmi babcia lub sąsiadka “Ty w jego wieku już dawno bez pieluchy byłaś!”. Często presja rodziny jest potęgowana zbliżającym się momentem rozpoczęcia przez dziecko edukacji przedszkolnej. Tam, jak powszechnie wiadomo, oczekuje się od dzieci pełnej kontroli potrzeb fizjologicznych. Próby zachęcania dzieci do siadania na nocniku są rozmaite – niektórzy posuwają się do włączania bajek, by malec chciał chwilę posiedzieć; normą są także oklaski i inne formy nagradzania za nocnikowe “sukcesy”. Tymczasem takie próby przyuczania dziecka do korzystania z nocnika bez wyraźnej gotowości i zainteresowania z jego strony, to bardzo szkodliwy proceder, który może skończyć się problemami zdrowotnymi, z zaparciami nawykowymi na czele. Inne możliwe powikłania to nawracające infekcje dróg moczowych. Zamiast trzymać się sztywnych wytycznych, warto obserwować swoje dziecko i być elastycznym. Większość dzieci jest gotowa na pożegnanie z pieluszką w okolicy trzecich urodzin. Niektóre są gotowe znacznie wcześniej, jednak zdarza się i tak, że czterolatek będzie miał problemy z kontrolowaniem pęcherza i nawet rozbudowany system nagród i kar nie będzie w stanie “zmusić go do poprawy”.

Trening przedszkolny

Wyżej wspomniane treningi, to plan na pierwsze dwa lata życia. W następnych latach poprzeczka podnosi się coraz wyżej. Szybka adaptacja przedszkolna ma za zadanie wprowadzić dziecko na drogę jedynej słusznej socjalizacji. Promowane i nagradzane zachowania to samodzielność (rozumiana jako zdolność do szybkiej i bezbolesnej rozłąki z rodzicami), umiejętność dzielenia się z innymi, wykonywanie poleceń, nieodstawanie od schematu. Rozbudowany system kar i nagród ma za zadanie uwrażliwić malca na postawy społecznie akceptowane i w prosty (ale jakże efektywny!) sposób nauczyć go rozróżniania dobra i zła. Im szybszy i łatwiejszy do zaobserwowania efekt, tym lepiej. Zasady powinny być jasne a granice wyraźnie zaznaczone, by dziecko nie miało wątpliwości, co mu wolno a czego nie. I pod żadnym pozorem nie wolno być niekonsekwentnym (choćby nie wiem co!) – każdy przejaw rodzicielskiej lub nauczycielskiej niekonsekwencji, to prosta droga prowadząca dziecko na manowce.

Trening szkolny

Ten trening, to już bardziej zaawansowany poziom socjalizacji, rozumianej jako posłuszeństwo i podporządkowanie. Tak definiowana socjalizacja, to jeszcze pozostałość po mentalności prezentowanej przez przedstawicieli XIX-wiecznych Prus. Niestety, od tamtego czasu większość założeń państwowej szkoły pozostała niezmieniona. Odgórnie narzucony program nauczania, który nie uwzględnia indywidualnych zainteresowań i predyspozycji wychowanków, rozbudowany system oceniania wiedzy, umiejętności i zachowania, karanie i nagradzanie, weryfikacja wiedzy w postaci testów i sprawdzianów – to filary systemowych placówek, które zupełnie nie przystają do współczesnych realiów i rzeczywistości, w jakiej dorastają nasze dzieci. Na margines schodzą potrzeby emocjonalne i rozwój społeczny, skrywany pod płaszczykiem naturalnej socjalizacji.

Co na to Rodzicielstwo Bliskości?

Współczesna psychologia (w ujęciu humanistycznym, nie behawioralnym rzecz jasna) nie ma wątpliwości, że patrzenie na dziecko oczyma trenerów i przez pryzmat poradników to strzał w kolano dla rodzącej się pomiędzy rodzicem a dzieckiem relacji. Świeżo upieczona mama, zamiast słuchać swojego budzącego się instynktu i rodzącej się intuicji, przestaje obserwować dziecko i reagować na wysyłane przez nie sygnały. W ten sposób odbiera poczucie kompetencji sobie i swojemu dziecku. Niemowlę, które ma wrażliwych, uważanych i zaangażowanych opiekunów, szybko uczy się tego, że jest istotą sprawczą: gdy jest głodne i zapłacze, mama je na karmi; gdy potrzebuje bliskości, zostanie przytulone; gdy ma mokro, pieluszka zostanie zmieniona. Ignorowanie sygnałów wysyłanych przez dziecko prowadzi je do wyuczonej bezradności – maluchy bardzo szybko uczą się, że nie ma sensu płakać, bo i tak nikt tego płaczu nie ukoi. W efekcie takich sytuacji tracą wiarę w siebie i opiekuna (wg trenerów zaś, dzieci szybko uczą się zasypiania i sprawnie adaptują do nowych warunków). Dodatkowo warto nadmienić, że wszelkie próby nauczenia dziecka regularności karmień lub drzemek, są po prostu sprzeczne z biologią – w kulturach pierwotnych, w których opieka nad dzieckiem bazuje na empatii i bliskości, takie rzeczy w ogóle nie mają miejsca.

Specjaliści zaangażowani w promowanie rodzicielstwa bliskości nie mają żadnych wątpliwości, że podstawą procesu wychowania powinna być autentyczna więź, a nie jednostronny trening i uczenie dziecka uległości. Z tego powodu jednym z podstawowych filarów Rodzicielstwa Bliskości wg Searsów, jest wystrzeganie się trenowania dzieci: Trenowanie dzieci zasadza się na błędnym spojrzeniu na relację miedzy rodzicem a dzieckiem. Zakłada, że noworodek wkracza w świat, aby kontrolować swoich rodziców, a jeśli wy nie przejmiecie kontroli jako pierwsi, dziecko chwyci za stery i poprowadzi cały okręt. To nie jest zdrowe. Nie powinniście wybierać między dobrem rodziców a dobrem dziecka. Życie rodzinne to nie zawody, w których ktoś wygrywa a ktoś inny przegrywa. W rodzinie celem jest, aby wygrali wszyscy.

Zamiast postrzegać dziecko jako istotę aspołeczną i podległą, lepiej spojrzeć na nie, jak na podmiot relacji. W ten sposób na pierwszy plan wysuwa się więź i kontakt zamiast wychowania (rozumianego, pozostając w XIX-wiecznym schemacie, jako tzw. “urabianie”): Dzieciom potrzeba przede wszystkim wiary w siebie, umiejętności życia z ludźmi, odwagi samodzielnego myślenia. Mniej ważne jest posłuszeństwo, dobre maniery, punktualność i pracowitość. Posłuszeństwo w połączeniu z grzecznością tak naprawdę budzi moje największe obawy. Dzieci, które słuchają się innych zamiast korzystać z własnego serca i rozumu, narażone są na to, że kiedy zmniejszy się wpływ rodziców i ich miejsce zajmą rówieśnicy, nie będą potrafiły dokonywać mądrych i bezpiecznych wyborów oraz odmawiać, kiedy coś im nie służy.

Także psychoterapueta Jesper Juul na pierwszym miejscu stawia relację i dialog z dzieckiem, zamiast wychowywania i socjalizowania sztucznym systemem nagród i kar: Ludzie, którzy mówią, że dzieci potrzebują granic, mają na myśli: Mam prawo egzekwować swoją władzę nad dzieckiem!”. Nie, nie zgadzam się z tym. Owszem, ludzie potrzebują granic, ale chodzi o wyznaczanie swoich granic, ale nie stawianie ich innym. Nikt nie ma prawa stawiać granic innym ludziom. Owszem, życie w większej wspólnocie, na przykład w rodzinie, wymaga ustalenia kilku wspólnych reguł, ale kiedy z relacje z dzieckiem szwankują, nigdy nie pomogą reguły! To może zadziałać tylko na krótki czas.

Jako rodzice, często czujemy pokusę lub presję do przyspieszania kolejnych etapów rozwoju. Chcielibyśmy, aby dziecko już nie budziło się w nocy, by wreszcie przestało używać pieluch, spało samodzielnie, zrezygnowało z piersi, nie wymagało ciągłego noszenia na rękach. Chcemy, by nie przerywało dorosłym w rozmowie, słuchało tego, co do niego mówimy, nie rozrabiało, wykonywało nasze polecenia, nie buntowało się… Gubimy w tych wszystkich oczekiwaniach zaufanie do dziecka i do naturalnej siły rozwoju. Zapominamy o tym, że kluczowa jest GOTOWOŚĆ dziecka do wejścia w następny etap rozwojowy. Bez niej, wszelkiego rodzaju wysiłki i zabiegi są skazane na niepowodzenie. Może się oczywiście zdarzyć, że osiągniemy sukces, miejmy jednak świadomość, że stanie się to kosztem autonomii naszego dziecka.

Źródło: https://dziecisawazne.pl/